dnsk

dnsk

niedziela, 5 stycznia 2014

ROZDZIAŁ 1.


Postanowiłam tam iść. Przecież kiedyś trzeba. A jak widać, to „kiedyś” jest już „dziś”.
W sobotę rano, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka, i ruszyłam przed siebie. Czekała mnie całodzienna wędrówka, ponieważ żaden autobus nie dojeżdżał na takie odludzie. Ale jak to mówią „raz się żyje”, więc poszłam. 
Krótkie szorty, letnia bluzka, idealny strój na tak upalny dzień.  Szłam wolnym krokiem, wydeptaną ścieżką, która robiła się coraz mniej widoczna. Jednak ja, mimo upływu czasu, nadal pamiętałam ją dokładnie. Minęłam stare ruiny, i skierowałam się w stronę lasu. Tylko tam, tak naprawdę czułam się wolna. Tam było moje miejsce. Uwielbiałam przebywać między drzewami, miałam to po matce. Kiedy byłam dzieckiem, przychodziłam tu razem z nią. Goniłyśmy się, a potem moczyłyśmy stopy, w pobliskim strumyku… ale teraz jej przy mnie już nie ma, a ja musiałam się z tym pogodzić.  Usiadłam na trawie i wsłuchałam się w śpiew ptaków. Byłam bliska zrezygnowania z moich planów, tylko po to by spędzić tu resztę dnia. Ale oprzytomniałam,  i pomaszerowałam dalej.
Po 3 godzinach nudnej wędrówki, zaczęłam żałować, że nie mam ze sobą, żadnej mp3, czy choćby telefonu, takiego jak moi znajomi, i cała reszta nastolatków, w tym kraju. Ja niestety nie posiadałam takiego „urządzenia” , m.in. dlatego, że mój ojciec uważał, że nowa technologia wcale nie jest potrzebna do życia. Trudno. Przeżyłam 17 lat, przeżyję i ten dzień.
Zaczęłam powoli zbliżać się do celu. Rozpoznawałam okolicę, w której dorastałam.  Wiedziałam, że nikogo tu nie spotkam, a jednak zawiodłam się. Rzeczywiście, ani jednej żywej duszy.  Z oddali, zobaczyłam „go”. Stał, jak go pozostawiliśmy. Weszłam na posesję.
            Mimo, iż całą drogę było mi gorąco, teraz zaczynałam odczuwać chłód. Może to to miejsce tak na mnie działa?  Niestety, to nie była prawda. To miejsce samo w sobie było „inne”. Drzewa, nie miały liści, były całkowicie gołe. Tak jak podczas jesieni, ale przecież jest wiosna… Niebo było całe zachmurzone, a czas jakby stanął w miejscu.
           Trawa sięgała mi do kolan, więc jednak istnieje tu jeszcze jakieś życie. Mało, ale jednak. Podążałam głębiej. Znalazłam się na wprost wielkich, drewnianych drzwi. „Wycofać się?” NIE! Nie mogę! Więc dotykam klamki, i szarpię. Ustają. Wchodzę. Ciemność. Brak prądu.  Widzę kuchnie, zaczynają wracać wspomnienia. Łzy, one lecą mimo mojej woli.  Słyszę skrzypnięcie. Odwracam się szybko, głęboko oddychając, ale przecież nikogo tu nie ma. Idę dalej, salon, a raczej to co z niego zostało. Stara kanapa, dwa fotele. Znów skrzypnięcie. Obracam się i oczami napotykam stojącego w rogu pokoju, chłopaka.
         Patrzy na mnie, a ja czuje jak robi mi się znów gorąco.

 ____________
i jest pierwszy rozdział! podobało się?